Wywiad z Eweliną Matuszkiewicz
On 29 października 2018 | 0 Comments | Bez kategorii | Tagi: , , ,

Na rynku ukazała się właśnie kolejna książka Eweliny Matuszkiewicz. Ewelina_Matuszkiewicz_zdjecie„Noc komety” to kontynuacja „Białego latawca”. Tak jak słowem kluczem do pierwszej części była ‚tajemnica’, to w drugiej jest ‚tęsknota’. Drobne wydarzenie powoduje, że bohaterowie pośród codziennych spraw zdają sobie sprawę, za czym tęsknią, przypominają sobie, o czym zawsze marzyli. Ujawniają swoje pragnienia przed bliskimi i jak to w związkach bywa, budzi to wiele emocji po obu stronach. Emocje osiągają kulminacyjny punkt w święta Bożego Narodzenia. Skąd pomysł na bohaterów i czy „Noc komety” nadaje się na serial odpowie Ewelina Matuszkiewicz.

 

Jak zaczęła Pani pisać?

Jak tylko się nauczyłam. Dziennik prowadziłam już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Mam go do dziś, są w nim wpisy o tym, że mam młodszego brata, że chodzę do szkoły, jest w nim zabawny opis imienin mojej mamy, ale też zaangażowana relacja z kolonii.

Ale rozumiem, że pytanie jest o to, jak zaczęłam pisać teksty literackie. Pierwsze próby podejmowałam jeszcze na studiach. Nie wiedziałam tak naprawdę ani o czym chcę pisać, ani dlaczego, zaczynałam i porzucałam różne teksty. Później podjęłam pracę zawodową i urodziły się nasze dzieci. Pisanie spadło na koniec niekończącej się listy zadań. To było takie marzenie z numerem 1, które pewnie nigdy się nie wydarzy.

Kilka lata temu, przyszły wakacje, w czasie których moje dzieci pojechały na obóz i pierwszy raz od dawna miałam czas tylko dla siebie. Zupełnie przypadkowo w internecie zobaczyłam ogłoszenie o kursach kreatywnego pisania. Zapisałam się. Pamiętam pierwsze zajęcia, na których nie umiałam sklecić jednego sensownego zdania, kiedy siedzący obok inni kursanci kończyli zapisywać całe strony. Trochę czasu mi zajęło wypracowanie jak i o czym chcę pisać.

Dlaczego akurat powieść obyczajowa?

Bo najbardziej lubię czytać ten gatunek. Powieść obyczajowa skupia się na relacjach, lubi detale życia codziennego, ma określoną topografię. Pozwala przyjrzeć się bohaterom, kim są, jakie są ich tęsknoty, aspiracje, decyzje, jak się odnajdują w swojej rodzinie, pracy, pasji. Ale również temu, co jedzą i jak im się spało tego dnia. O tym chcę czytać, o tym chcę pisać.

Co jest dla Pani inspiracją?

Życie. To, co dzieje się tu i teraz, czyli codzienność. Rozmowy. Spotkania. Detale. zOpowieści bliskich, czasem nieznajomych.

Czy pisze Pani na podstawie swoich doświadczeń lub czerpie inspiracje również z życia Pani bliskich i znajomych?

Nawet najciekawsza opowieść z mojego życia czy kogoś znajomego przekazana dosłownie na papierze stanie się nieznośnie ckliwa, nieprawdopodobna lub zwyczajnie nudna. Z drugiej strony bez tej „pożywki” realnego życia wokół byłoby – jak przypuszczam – prawie niemożliwe opisywanie uczuć i postaw bohaterów.

Weźmy taki przykład. Bohaterka ma chandrę. Ale co to znaczy? Czy tak jak moja przyjaciółka kompulsywnie publikuje wtedy na Instagramie kolejne posty, czy jak moja sąsiadka, zamęcza się bieganiem do późna, byle zapomnieć o podłym nastroju. Powiedzmy, że do naszej bohaterki pasuje to pierwsze. I tu pojawia się ileś pytań, na które trzeba sobie odpowiedzieć i które oddalają nas od mojej przyjaciółki, a zbliżają do bohaterki. Jaki jest jej profil? Dlaczego go prowadzi? Od jak dawna? Czy robi ładne zdjęcia czy byle jakie? Czy daje podpisy czy tylko hasztagi? A może dużo serduszek? I tak dalej. Nasza bohaterka ma profil dotyczący jej pasji sportowej i głównie fotografuje siebie przed treningiem (bo wtedy jeszcze ładnie wygląda). Kiedy ma zły nastrój, natrętnie komentuje zagraniczne profile, „Koniecznie zobacz mój profil!”. To już jest zupełnie inne opowieść niż o mojej przyjaciółce, choć ślad inspiracji można odnaleźć. Te drobiazgi zaczerpnięte z realnego świata przeobrażają się i wplatają się w fabułę.

Skąd pomysł na poszczególne postaci występujące w książce? Czy tworząc postaci wzoruje się Pani na osobach, które zna, czy może tworzy je Pani od podstaw?

Lubię tworzyć postaci! W „Białym latawcu” jest ich kilkadziesiąt! (jeśli policzymy wszystkie, nawet te tylko wspomniane w jednym zdaniu). O ile fabuła wymaga analitycznego podejścia, wszystkie nitki trzeba powiązać, zdarzenia powinny logicznie z siebie wynikać, sytuacje mają wyglądać i brzmieć realnie, o tyle postaci – na początku, w pierwszych scenach – pojawiają się bardziej intuicyjnie. Co ciekawe, dopóki postać nie ma trafnie dobranego imienia, nie widzę jej. Z imieniem jakoś wiążą się główne cechy charakteru. Potem szukam nazwiska. Korzystam z listy frekwencyjnej polskich nazwisk. To może się wydawać mało istotne, ale dobieram je do imienia, tak jak robią to rodzice, tyle że oni dobierają imię do nazwiska, a ja robię odwrotnie.

Dlaczego akcję swojej debiutanckiej powieści obyczajowej osadziła Pani w Kozienicach?

To rodzinne miasto mojej mamy. Mój pradziadek Paweł Klimczuk zamieszkał w Kozienicach w 1917 roku, kiedy miał 36 lat i dostał powołanie na inspektora szkolnego. Zbudował dom, który stoi do dziś i w którym nadal mieszkają jego potomkowie. Paweł Klimczuk był nauczycielem, społecznikiem i… autorem. Dla swoich uczniów napisał książkę „Nasz powiat” i wydał własnym nakładem w 1928. Ta nieduża publikacja jest dzisiaj dostępna na przykład w zbiorach Biblioteki Narodowej. Proszę zwrócić uwagę na tytuł: „Nasz powiat”. Dziesięć lat po zamieszkaniu w Kozienicach, Klimczuk czuł się już z nimi mocno związany i zaszczepił swoim dzieciom, wnukom i prawnukom przekonanie, że to jest najwspanialsze miejsce na świecie.

Paweł Klimczuk miał troje dzieci, jego córka,, Czesława, to moja babcia. Jeździłam do niej na wakacje i święta od najmłodszych lat. Pobliską Puszczę Kozienicką schodziłam wzdłuż i wszerz. Co ciekawe, z Kozienicami związana jest też rodzina mojego męża, wnuka Konstantego Jurkowskiego, Inspektora Pożarnictwa w Kozienicach w latach 1933–1943.

Wracając do pytania. Kiedy zaczęłam pisać, Kozienice jako miejsce akcji pojawiły się natychmiast. To jest moja mała ojczyzna.

Co było najtrudniejsze podczas procesu pisania pierwszej książki?

Wycofywanie się. Kiedy jest się w środku pisania wielowątkowej fabuły, gdzie każda postać w jakiś sposób wpływa na to, co się wydarzy, decyzja, czy bohaterka w tym momencie skręca w prawo czy w lewo, rzutuje na cały przebieg akcji. I nie wiesz, czy to dobry kierunek, to się okazuje za jakiś czas. Czasem trzeba się cofnąć i zmienić przebieg wydarzeń. To normalne zadanie pisarskie, dzisiaj to wiem, ale na początku było to trudne.

Użyła Pani cytatów ze znanych piosenek jako tytuły rozdziałów. Skąd ten pomysł?

Podoba mi się gra znaczeń pomiędzy poezją i prozą, tu kilka słów, tu wiele stron, a mówią o tym samym. Z tego korzysta wielu autorów opatrujących swoje utwory mottami, na początku utworu lub przed kolejną częścią. W „Białym latawcu” ta intertekstualna gra toczyła się przez całą opowieść. To również forma hołdu dla tych tekstów, które zastały napisane przez wybitnych polskich artystów. I też zabawa z czytelnikiem, czy rozpozna piosenkę i czy po fragmencie będzie wiedział, która postać za chwilę się pojawi.

Ile czasu upłynęło od momentu pomysłu do wydania pierwszej książki?

Ponad 4 lata. W tym półroczna przerwa, kiedy rzuciłam wszystko w kąt, myśląc, że tego nigdy się nie uda skończyć.

Jak wygląda typowy dzień pracy Pani jako autorki?

Pracuję zawodowo, więc nie ma czegoś takiego jak typowy dzień. Pisanie odbywa się u mnie w trzech trybach.
Po pierwsze, na co dzień spisuję pomysły, słowa, rysuję mapy myśli przy różnych okazjach. Robię dużo notatek, do których wracam przy pisaniu.

Po drugie, pisanie właściwego tekstu. Piszę w czasie urlopów i świąt. Siadam o świcie do komputera i pracuję do późnego popołudnia, czasem idę na spacer. Mam na stałe włączony tryb samolotowy w swoim laptopie, który traktuję jak maszynę do pisania z udogodnieniami edytorskimi. To, co muszę sprawdzić w innych źródłach, wynotowuję sobie na kartce i wyszukuję później.

I po trzecie, ten tryb nazwałabym koncepcyjnym. Kiedy idę ulicą, zmywam naczynia, biorę prysznic, jadę pociągiem… zastanawiam się nad różnymi rozwiązaniami fabularnymi. Biorę postać i zaczynam sprawdzać, jaki scenariusz byłby dla niej najciekawszy, najbardziej intrygujący lub nośny fabularnie. I jest to pewnie zabawne, gdyby popatrzeć na to z boku, bo niektóre z nich powodują, że mówię do siebie (całkiem) głośno „tak!” albo „nie….”.

Co jest narzędziem Pani pracy? Czyli papier czy komputer?

Notatki i mapy myśli robię ręcznie, tekst piszę na komputerze. Dla każdego utworu robię grafik na arkuszu podaniowym, w którym rozpisuję, gdzie w danym momencie jest jaka postać i co robi. Ułatwia to zapanować nad całością zdarzeń, ale jest też źródłem nowych pomysłów.

Co jest najtrudniejsze w pracy pisarki?

Trudno mi powiedzieć. Bardzo lubię pisać i „trudności” to tak naprawdę są wyzwania! Dużo trudniejsze jest wyjście przed publiczność i publiczny występ. Mój wydawca na samym początku naszej współpracy obiecał mi, że nigdy nie będę musiała występować do telewizji. Więc najtrudniejsze mnie ominie.

Czy daje Pani do przeczytania tekst przed ukończeniem?

Kursy kreatywnego pisania na tym właśnie polegają. Piszemy, czytamy i nawzajem komentujemy teksty. Początek „Białego latawca” w kolejnych wersjach czytało kilkanaście osób. Na etapie pierwszej książki to może być bardzo pomocne i ja do dziś jestem wdzięczna koleżankom i kolegom, którzy wtedy mówili wprost, co im się podoba, a co niekoniecznie i co by napisali inaczej.

Przy kolejnej książce pierwszą pełną wersję czytało już tylko pięć osób. Każdą ich uwagę wzięłam bardzo poważnie pod uwagę, ale też z taką świadomością, że odpowiedzialność za tekst jest tylko moja. Myślę, że jest w tym coś, co zalecał Stephen King, pisz w swojej jaskini, a dopiero potem pokaż tekst najbardziej zaufanej osobie. Tak będzie pewnie przy kolejnej książce.

Czy na początku zna Pani losy głównych postaci? Czy pisząc wie Pani, co spotka bohaterów?

Nie. Wiem, kim są i co się wydarzy w ich życiu w zawiązaniu akcji, bo to ja ich ustawiam na szachownicy fabuły. Potem bardzo różnie bywa, część postaci jest dość przewidywalna, inni zaczynają żyć własnym życiem. To jest zresztą fantastyczny moment! Na przykład, kiedy bohater, która miał pokornie schylić głowę, zaczyna o siebie walczyć. Albo postać na pierwszy rzut oka antypatyczna udowadnia, że ma też w sobie dużo pozytywnej energii.

Która postać „Białego latawca” jest Pani najbliższa?

To te postaci, które pożegnam w trakcie fabuły kolejnych tomów. Ich pierwowzorów też już nie ma z nami.

Co dalej z bohaterami „Białego latawca”? Kiedy możemy spodziewać się kontynuacji?

Spotkamy ich w kolejnych tomach. Bohaterowie „Białego latawca” wrócą, nie zawsze w rolach głównych, ale będzie można śledzić ich losy. Pojawią się też nowe postaci. To są dość arbitralne decyzje, kto powraca, a kto pojawia się nowy i liczę się z tym, że niektóry czytelnicy będą zawiedzeni. Ale chciałabym, żeby każdy tom dało się czytać jako osobną opowieść i wybór jest tu konieczny. Inaczej każdy kolejny tom byłby dwa razy grubszy od poprzedniego  Co jest jeszcze istotne, to że upływ czasu pomiędzy kolejnymi tomami pozwala ciekawie rozwinąć się postaciom, to, co było nierealne od razu, jest możliwe za jakiś czas.

Po „Białym latawcu”, który miał premierę w grudniu 2017, kolejnym tomem jest „Noc komety”, która się właśnie ukazała. Cieszę się z tej książki, bo jest w niej dobre tempo, jest rodzinna, świąteczna i rozgadana. Okazało się, że kiedy piszę o małżeństwach, to dialogi same płyną.

Kolejny tom, „Cudne manowce” jest na etapie notatek i nie spodziewam się, żeby objawił się tak szybko, jak „Noc komety”.

Czy często Pani słyszy, że Pani debiut nadaje się na serial?

Usłyszałam to kilka razy. To jest bardzo kusząca wizja: serial o Kozienicach! Moja babcia, wielbicielka „W labiryncie”, „Dynastii” i „Powrotu do Edenu” byłaby zachwycona. Gdyby taki serial miał powstać, bardzo chciałabym być zaangażowana w jego powstawanie. Możemy uznać, że to jest obecnie moje marzenie z numerem 1, czyli takie, które pewnie nigdy się nie wydarzy.

Co Pani lubi czytać?

Są książki, do których wracam wielokrotnie, zupełnie jak do starych przyjaciół, otwieram w połowie i znów jestem z nimi. Oczywiście, czytam też nowe rzeczy, bardzo różne, polecane albo wyszukane. To taki system czytania kilku rzeczy naraz, w którym mieszają się różne gatunki i autorzy. Czytam też dzienniki, listy i rozmowy z pisarzami, to zresztą moja ulubiona półka: książki o czytaniu, pisaniu i księgozbiorach. Lekturami, które zrobiły na mnie wrażenie albo zwyczajnie podobały mi się, dzielę się na swoim profilu na Instagramie i na Facebooku. Zapraszam!

More news